
Myslovitz. 20.11.2009. Wadowice
Po długiej przerwie od klubowych koncertów nadszedł w końcu ich powrót. Skończył się sezon ogórkowy, sezon „dni miasta” i wszystkich plenerów, na których królują przypadkowi ludzie w stanie dosyć wyraźnie i mocno wskazującym.
Jak to zwykle bywa na początku jesieni zacząłem śledzić strony zespołów jak i wydarzenia na last.fm w poszukiwaniu koncertów. Oczywiście największą moją uwagę jak zwykle przykuło Myslovitz. Jak prezent od świętego Mikołaja ukazały mi się cztery koncerty chłopaków ze Śląska w Krakowie i okolicy! Pierwszy z nich miał miejsce w piątek, w Wadowicach, w tamtejszym centrum kultury.
Miejsce małe, sala kinowa.. na szczęście kilka pierwszych rzędów zostało wyniesionych. Scena mała… barierki zaraz przy niej i brak ochrony, która ściągałaby ludzi z fali, nieźle. Support: Kid A. Lubię ten zespół, ze względu muzycznych jak i osobistych. Zagrali trochę nowych kawałków. Bardzo energicznie i świeżo. Można było dobrze się pobawić. Mam nadzieje, że w końcu uda im się wydać tą debiutancką płytę, bo mają chłopaki potencjał.
Po około 40minutowym występie Kid A nastała krótka przerwa… Strojenie gitar i tak dalej. Po kilku chwilach zgasły światła, a z głośników zaczynał się wydobywać utwór „Theme from Road movie”… Skalary! Grane z taśmy. Swego rodzaju intro do koncertu bardzo dobrze się udało. Pusta scena i lekko psychodeliczne dźwięki. Wychodzą! Są już na scenie! Lekka zamiana – Przemek na bas, a Jaca za klawisze i grają „Man on the machine”. Dosyć spore zdziwienie publiczności, ale grają dalej… „Są inne słońca niż to nade mną”, zdziwienie jeszcze większe. Błądzące spojrzenia publiczności. Ale wszystko wraca do normy gdy następnym utworem jest „Peggy Sue nie wyszła za mąż”.
Cały ich występ był na pewno świeższy i trochę bardziej „inny” niż chociażby te ze stycznia, nie porównując już do tych sprzed przerwy. Nie było „hitowego” seta, można było usłyszeć takie utwory jak „Z rozmyślań przy śniadaniu”, „Życie to surfing”, „Książka z drogą w tytule” czy „Kominy, biedronki, czereśnie” utwór, którego nie ma na żadnej płycie!! Największy szok. Publiczność mimo wszystko głośno domagała się „Peggy Brown” ale zespół NA SZCZĘŚCIE pominął ten utwór. W zamian za to mieliśmy ponad 10minutową wersję „Good Day my Angel” z wykrzykiwanymi wersami „i need you”. Publicznośc jakby zamarła.. jakby nie wiedziała co się dzieje. Koncert zakończony trzema bisami, gdzie na końcu był utwór „Chciałbym umrzeć z miłości”. Trochę smętny i niezbyt za nim przepadam, ale miło było go znowu usłyszeć.
Zespół w dobrych nastrojach. Widać było energię na scenie. Rojek nawet coś powiedział, uśmiechnął się… a Wojtek Powaga jak zwykle najbardziej aktywny na scenie. Rzucał wodą, ciastkami i genialnie przeżywał każde dźwięki wydawane przez jego gitarę i inne gadżety.
Pozostaje czekać do czwartku i piątku. Dwa kolejne koncerty Myslovitz + spotkanie w bonarkowskim Empiku. A dziś… dziś George Dorn Screams w klubie Re o 20! Trzeba tam być!
Wilku
Przemyk Akustik Trio. 21.11.2009. Andrychów
No to sobie Wilku koncertuje. Ho ho ho. Mnie też się na szczęście udało. Można powiedzieć, że był to czysty przypadek, ponieważ miało mnie tam nie być. Jednak nie wierzę w przypadki. Jednak w co wierzę a w co nie, to nie temat, który można poruszać w relacji z koncertu. Koncert w którym miałem okazję uczestniczyć miał miejsce Andrychowie (chyba na zachód od Wadowic, a jak nie zachód to na pewno jakiś inny kierunek). Był to występ Przemyk Akustik Trio. Jak sama nazwa wskazuje był to koncert akustyczny w wykonaniu trzech osób a jedną z tych osób była Renata Przemyk.
Nie słuchałem jej wcześnie. Kojarzyć kojarzyłem, lecz albumu żadnego nie znałem. Jedyne co mi przychodziło do głowy na myśl o tej Pani to utwór „babę zesłał Bóg” oraz to, że chyba mi się nie podoba wizualnie.
Przed samym koncertem zrobiłem sobie dzień zapoznawczy co by coś jednak kojarzyć w trakcie koncertu. Bliższe zapoznanie się z albumem „Unikat” (2006) sprawiło, że pojawił się dreszczyk i nie mogłem się doczekać. Potem wygooglałem jej zdjęcie i okazało się, że nie miałem racji z tym wyglądem.
Teraz już sam koncert. Najpierw zapowiedź konferansjerki. Cisza. Wchodzą. Ona na końcu. W czarnej sukni, takiej jak do flamenco. Włosy kruczo-czarne spięte. Wyglądała olśniewająco. Usiadła naprzeciw mnie i zaczęła wyciągać z bardzo ładnej torby dłuuuugiiiiii, naprawdę baaardzo dłuuugi szal. Miałem nadzieję, że poda go publiczności, zacznie ode mnie i będę miał okazję powiedzieć jej coś miłego. Nie było tak niestety.
Sam koncert, był nieziemski. Możliwe, że dlatego Pani Renata czasami ubierała „uziemienie” w postaci glanów. Hmm głos genialny, sposób jego wykorzystania przyprawiał o dreszcze wręcz. Do tego jeszcze przemiłe dźwięki przeszkadzajek, które mi osobiście wcale nie przeszkadzały. Wszystko to tak pięknie komponowało się z dźwiękami bezprogowego basu (ładnego basu) i gitary klasycznej. Pan gitarzysta tak flamencował momentami, że sam nie wiedział czy patrzeć na na Panią Renatę, żeby wysępić spojrzenie czy na tego wirtuoza w ładnym berecie. Działo się, naprawdę.
To wszystko było jeszcze przeplatane przemyśleniami dotyczącymi zmysłów, uczuć i żeby już dłużej nie wymieniać – życia. Pani Renata ma cudny uśmiech, jest zmysłowa i ma niepowtarzalny urok.
Chciałbym jeszcze raz, a jak sie nie da to tym razem na Annę Marię Jopek.
Stempel
No mnie ten koncert zahipnotyzował wręcz. Cudny był.
OdpowiedzUsuńRenata jest śliczna.
OdpowiedzUsuń"Dajesz mi niepokorne myśli, niepokoje, tyle ich wciąż masz, kochana."
Ingenue