30 października, 2009

"Nie Poddawaj Się Bierz Życie Takim Jakim Jest" - A. Rojek


Tydzień ma 7 dni, co w przeliczeniu na godziny daje ich chyba 168. Nie jest to mało, chociaż coraz częściej uważamy inaczej. Nieważne, nie do tego zmierzam. Mimo poniedziałku… wtorku.. i tak dalej, wszystkie obowiązki i wszystkie sprawy różnorakiego rodzaju spadają na mnie we czwartek! Zawsze! Każdego tygodnia największe zwątpienie przychodzi właśnie w ten dzień. Niby początek wolnego, niby wszystko ładnie się zapowiadające, a jednak nie jest aż tak kolorowo. Zbyt dużo rzeczy w jednym momencie. Gdy miarka ciśnienia dawno przekroczyła już czerwone pole, a jakieś sprawy są nadal dorzucane. W dodatku wszędobylski hałas i zgiełk nie ułatwia zadania. Gdyby to jeszcze było jakoś rozplanowane… wolę mieć ułożony plan i robić wszystko po kolei, niż spontanicznie łapać kolejne sprawy, bez końca. Godziny przyjęć zamykane o 16!! To niestety nic nie daje.. bo o 20 komuś coś się przypomni, a co gorsza będę idealną osobą do wykonania tego zadania. STOP!
Tyle mówi się o równym podziale obowiązków w rodzinie. Jakim podziale? Jakiej rodzinie? Tej drugiej kwestii może nie będę dziś rozwijać. Podział, w którym 90% spraw spada na moją głowę.. nie mam zbyt mocnego karku aby to wszystko utrzymać. Chyba taka moja rola. Najmłodszy w „rodzinie”, a to mimo wszystko do czegoś zobowiązuje. Chciałoby się odpocząć od tego całego harmidru w jakimś spokojnym miejscu przez kilka dni. Z dala od wielkomiejskiego jazgotu. Wyjechać daleko.. a do granicy bus jest tylko za 12zł, a dalej genialnie zintegrowana, z świetnymi proporcjami i cenami czeska kolej. Niezwykle kusząca propozycja ucieczki… ale czy ucieczka nie jest zbyt błahym rozwiązaniem?
Wilku

Hmm czy ucieczka byłaby w takiej sytuacji najlepszym rozwiązaniem? Jeśli chodziłoby o krótkotrwały wyjazd w miejsce, które zawsze nam się dobrze kojarzyło, gdzie moglibyśmy uporządkować wszelakie kłębiące się nad nami chmury w postaci problemów, to pewnie TAK.
Jednak na dłuższą metę uciekanie od problemów, zostawianie ich na później nie jest najlepszym pomysłem. Pozostawione same sobie nie rozwiążą się, a na dodatek dojdą kolejne. Dojdzie w ten sposób do magicznej kumulacji, z tymże w tym przypadku (nie tak jak w totolotku) o tym z czym się ona wiąże przekonamy się na pewno.
Każdy z nas ma masę problemów, chociaż jak patrzymy na siebie nawzajem to nam się wydaje, że jak on albo ona mogą sobie z czymś nie radzić, tym bardziej, że cały czas chodzi uśmiechnięty i nic po nim nie widać. Nie ma się co oszukiwać, każdy ma problemy i wiele spraw na głowie, a jeśli nie ma to będzie miał na pewno.
Jak sobie z tym radzić? Pewnie jest setka poradników na ten temat. Nie przeczytałem żadnego bo mnie nie stać na kupowanie tego typu rzeczy. Jednak wczoraj jadąc autobusem na święta wyczytałem w książce pod tytułem „100 powodów dla których warto żyć” (dostałem ją od Wandy) autorstwa Wernera Tiki i Marion Kustenmacher wyczytałem takie o to coś:

„ Śmianie się z niego [red. Problemu] lub udawanie, że go nie ma, potrafi się bardzo mocno zemścić. Twój organizm lub Twoja dusza zbuntują się, przypominając Ci brutalnie, że problem nie zniknął. Nie, problemy są po to by je rozwiązywać. Droga ku temu jest nieprzyjemna, najczęściej długa i bardzo męcząca. Wciąż nęcą Cię rozrywki spychające Cię z trudniejszej drogi. Odsunięcie od siebie problemów lub ich całkowite wyparcie z pamięci wydaje się kuszącą perspektywą. Gdy jednak wreszcie znajdziesz i wywalczysz rozstrzygnięcie, jednego możesz być pewien: NAPRAWDĘ DOBRE ROZWIĄZANIE SPRAWIA ULGĘ I POGODNIE NASTRAJA
Stempel