
Tydzień ma 7 dni, co w przeliczeniu na godziny daje ich chyba 168. Nie jest to mało, chociaż coraz częściej uważamy inaczej. Nieważne, nie do tego zmierzam. Mimo poniedziałku… wtorku.. i tak dalej, wszystkie obowiązki i wszystkie sprawy różnorakiego rodzaju spadają na mnie we czwartek! Zawsze! Każdego tygodnia największe zwątpienie przychodzi właśnie w ten dzień. Niby początek wolnego, niby wszystko ładnie się zapowiadające, a jednak nie jest aż tak kolorowo. Zbyt dużo rzeczy w jednym momencie. Gdy miarka ciśnienia dawno przekroczyła już czerwone pole, a jakieś sprawy są nadal dorzucane. W dodatku wszędobylski hałas i zgiełk nie ułatwia zadania. Gdyby to jeszcze było jakoś rozplanowane… wolę mieć ułożony plan i robić wszystko po kolei, niż spontanicznie łapać kolejne sprawy, bez końca. Godziny przyjęć zamykane o 16!! To niestety nic nie daje.. bo o 20 komuś coś się przypomni, a co gorsza będę idealną osobą do wykonania tego zadania. STOP!
Tyle mówi się o równym podziale obowiązków w rodzinie. Jakim podziale? Jakiej rodzinie? Tej drugiej kwestii może nie będę dziś rozwijać. Podział, w którym 90% spraw spada na moją głowę.. nie mam zbyt mocnego karku aby to wszystko utrzymać. Chyba taka moja rola. Najmłodszy w „rodzinie”, a to mimo wszystko do czegoś zobowiązuje. Chciałoby się odpocząć od tego całego harmidru w jakimś spokojnym miejscu przez kilka dni. Z dala od wielkomiejskiego jazgotu. Wyjechać daleko.. a do granicy bus jest tylko za 12zł, a dalej genialnie zintegrowana, z świetnymi proporcjami i cenami czeska kolej. Niezwykle kusząca propozycja ucieczki… ale czy ucieczka nie jest zbyt błahym rozwiązaniem?
Wilku
Hmm czy ucieczka byłaby w takiej sytuacji najlepszym rozwiązaniem? Jeśli chodziłoby o krótkotrwały wyjazd w miejsce, które zawsze nam się dobrze kojarzyło, gdzie moglibyśmy uporządkować wszelakie kłębiące się nad nami chmury w postaci problemów, to pewnie TAK.
Jednak na dłuższą metę uciekanie od problemów, zostawianie ich na później nie jest najlepszym pomysłem. Pozostawione same sobie nie rozwiążą się, a na dodatek dojdą kolejne. Dojdzie w ten sposób do magicznej kumulacji, z tymże w tym przypadku (nie tak jak w totolotku) o tym z czym się ona wiąże przekonamy się na pewno.
Każdy z nas ma masę problemów, chociaż jak patrzymy na siebie nawzajem to nam się wydaje, że jak on albo ona mogą sobie z czymś nie radzić, tym bardziej, że cały czas chodzi uśmiechnięty i nic po nim nie widać. Nie ma się co oszukiwać, każdy ma problemy i wiele spraw na głowie, a jeśli nie ma to będzie miał na pewno.
Jak sobie z tym radzić? Pewnie jest setka poradników na ten temat. Nie przeczytałem żadnego bo mnie nie stać na kupowanie tego typu rzeczy. Jednak wczoraj jadąc autobusem na święta wyczytałem w książce pod tytułem „100 powodów dla których warto żyć” (dostałem ją od Wandy) autorstwa Wernera Tiki i Marion Kustenmacher wyczytałem takie o to coś:
„ Śmianie się z niego [red. Problemu] lub udawanie, że go nie ma, potrafi się bardzo mocno zemścić. Twój organizm lub Twoja dusza zbuntują się, przypominając Ci brutalnie, że problem nie zniknął. Nie, problemy są po to by je rozwiązywać. Droga ku temu jest nieprzyjemna, najczęściej długa i bardzo męcząca. Wciąż nęcą Cię rozrywki spychające Cię z trudniejszej drogi. Odsunięcie od siebie problemów lub ich całkowite wyparcie z pamięci wydaje się kuszącą perspektywą. Gdy jednak wreszcie znajdziesz i wywalczysz rozstrzygnięcie, jednego możesz być pewien: NAPRAWDĘ DOBRE ROZWIĄZANIE SPRAWIA ULGĘ I POGODNIE NASTRAJA”
Stempel
też czasem czuje, że chciałabym uciec jak najdalej od problemów. Niestety wielokrotnie przekonałam się, że to bez sensu.. Problemy prędzej czy później dopadały mnie i ze zwielokrotnioną siłą uderzały w najmniej oczekiwanym momencie. Wiec teraz, gdy uciekam to tylko na chwilę, by złapać głęboki oddech i przemyśleć, nabrać dystansu i podjąć walkę na nowo :D
OdpowiedzUsuńnie wiem czemu mnie też wszystko dopada w czwartek.. pechowy dzień
K.
1. Gratuluję chłopcy! :)
OdpowiedzUsuń2. Podoba mi się fragment o tym, że patrzymy na uśmiechniętych ludzi itd... Naprawdę, czasem ciężko jest uwierzyć w to, że taki Ktoś ma jakiekolwiek problemy! Niektórzy z nas właśnie śmiechem je maskują. A inni nauczyli się z nimi żyć i chyba po prostu przeszli nad nimi do porządku dziennego... I nie mają zamiaru tracić pogody ducha z ich powodu :)
3. Znam ten ból kiedy, teoretycznie, "wpólne" obowiązki spadają na jedną osobę - na ciebie. Jestem średnim dzieckiem, więc pomoc powinnam mieć z dwóch stron. A mam czasem (!) z jednej, tej Młodszej. I jak tu się nie wk.....??? Nie wiem!
Ech, trochę jak na terapii jakiejś ;P
Oh Cieżkie to życie dorosłego człowieka, szczególnie studenta.
OdpowiedzUsuńOtóż Każdy człowiek na świecie ma jakieś problemy, ale zwykle wydaje się nam, że tylko nas dotyka nieszczęście...Ważne by się nie użalać tylko dzielnie znosić wszelkie przeciwności losu. Tak myślę sobie.
P.S Powodzenia dalej! Niech wasz blog rośnie w siłe:D
Stempel! Szacun za szkic!:)
Aska
Ja się w zeszłym roku nauczyłem, że nie ma problemów nie do przejścia. Tylko, że nic samo się nie poukłada i jakiejś tam woli trzeba. Czasem nawet pomocy od kogoś, a ciężko jest o pomoc poprosić.
OdpowiedzUsuńCiężko zwrócić się do kogoś o pomoc, zwłaszcza, gdy nie umie się dokładnie określić, na czym problem polega, albo nie ma się pojęcia, jak go rozwiązać, co mogłoby pomóc itd....
OdpowiedzUsuńRzeczywiście, nie ma problemów których nie dałoby się przejść. Ale czasem ucieczka w jakieś ciche miejsce, do którego lubisz powracać, jest dobrym rozwiązaniem- wyciszenie, znajome otoczenie, dobre fluidy ;) to prawie jak medytacja. Poza tym dzięki świeżemu powietrzu w mózgu wydzielają się endorfiny, które są odpowiedzialne za dobry nastrój- to dlatego po kłótni wkurzony mąż trzaska drzwiami, idzie się przejść i wraca w lepszym nastroju :) Polecam spacer, przy bardziej konkretnych problemach, w razie możliwości- wypad w góry.
OdpowiedzUsuńMożna też po prostu wyjść i pobiegać (i zrobić jak Stempel 3 km:) ) - nie rozwiązuje to oczywiście problemów, ale ułatwia myślenie.
Ingenue
Mnie przez całe życie udawało się unikać problemów. Może wiąże się to z tym,że mam raczej skłonność do minimalizowania niż do wyolbrzymiania.Jeśli już takowy się pojawiał to zazwyczaj miałam szczęście,że był obok mnie ktoś kto mi pomagał i wspierał(rodzina, przyjaciele). Jednak żyję z myślą jak będę sobie radzić, kiedy te prawdziwe problemy zwala mi sie na głowę? Obawiam się, że się skumuluja i uderzą we mnie ze zdwojona siłą..a wtedy co pocznę?:P bez jakiegokolwiek doświadczenia?:P:(
OdpowiedzUsuń